„Hamnet” w reżyserii Chloé Zhao to jeden z tych filmów, które nie tyle się ogląda, co przeżywa. Dawno nie wyszedłem z kina z tak silnym poczuciem, że uczestniczyłem w czymś intymnym, bolesnym i jednocześnie niezwykle pięknym. To opowieść o stracie, pamięci i miłości, która nie kończy się wraz ze śmiercią. Seans niemal hipnotyczny – wizualnie subtelny, emocjonalnie miażdżący i zagrany tak, że trudno oddzielić aktorów od postaci.
Film oparty na powieści Maggie O’Farrell nie jest klasyczną biografią Williama Szekspira. Zamiast tego skupia się na jego żonie Agnes i ich rodzinie oraz tragedii, która staje się emocjonalnym rdzeniem historii. Zhao prowadzi narrację spokojnie, z ogromną wrażliwością na detale – gesty, ciszę, spojrzenia. Tu nie ma taniego dramatyzmu ani scen pisanych pod efekt. Jest za to konsekwentnie budowane napięcie emocjonalne, które z każdą minutą coraz mocniej ściska gardło. Reżyserka pozwala emocjom wybrzmieć, nie boi się pauz i ciszy — i właśnie w nich kryje się największa siła filmu.
Ogromnym atutem filmu „Hamnet” jest obsada. Jessie Buckley jako Agnes tworzy kreację absolutnie wybitną – pełną wewnętrznego żaru, intuicji i kruchości. Jej żałoba nie jest pokazana w sposób widowiskowy – ona ją „nosi” w ciele, w głosie, w sposobie poruszania się. Widz naprawdę wierzy, że ta postać przeżywa stratę dziecka, że każdy oddech ją kosztuje. To jedna z tych ról, które zostają pod skórą na długo po seansie. Partnerujący jej Paul Mescal gra bardziej powściągliwie, ale równie przejmująco — jego emocje są przytłumione, schowane głęboko, co znakomicie kontrastuje z ekspresją Agnes i wzmacnia dramat relacji między bohaterami.
Koniecznie trzeba też podkreślić fenomenalną rolę 12-letniego Jacobi Jupe w tytułowej roli Hamneta. To występ zaskakująco dojrzały, naturalny i pełen autentyczności. Jupe nie gra „filmowego dziecka” — on po prostu jest. Jego obecność na ekranie jest lekka i prawdziwa, dzięki czemu więź z matką i siostrą staje się emocjonalnie namacalna. Właśnie dlatego późniejsze wydarzenia uderzają z taką siłą — widz zdąży naprawdę poczuć tę postać. To jedna z najlepszych dziecięcych ról ostatnich lat.
Na osobne uznanie zasługuje muzyka. Ścieżka dźwiękowa działa jak emocjonalny rezonator — nie prowadzi widza nachalnie, lecz subtelnie wzmacnia to, co dzieje się w obrazie. Delikatna, momentami niemal organiczna, chwilami narastająca do przejmującej intensywności. Dawno nie doświadczyłem w kinie takiego zjednoczenia obrazu i dźwięku, gdzie każdy motyw muzyczny wydaje się przedłużeniem stanu psychicznego bohaterów.
Strona wizualna filmu stoi na najwyższym poziomie. Zdjęcia są miękkie, naturalne, często operujące światłem przypominającym malarstwo epoki. Kamera bywa bardzo blisko twarzy i detalu, jakby próbowała uchwycić nie tyle wydarzenia, co proces przeżywania. Ogromną rolę odgrywa tu również warstwa plastyczna świata przedstawionego — faktury, tkaniny, zużycie materiałów, kolorystyka. Nie jest przypadkiem, że kostiumy z filmu „Hamnet” stały się jednym z najczęściej komentowanych elementów produkcji w sezonie nagród. Ich autorka, polska kostiumografka Małgosia Turzańska, została wyróżniona nominacją do Oscara za najlepsze kostiumy, co jest ogromnym osiągnięciem i dowodem, jak istotny był jej wkład w ostateczny kształt filmu. Sama produkcja zdobyła szerokie uznanie branży i krytyków, gromadząc wiele nominacji, w tym aż osiem w wyścigu do najważniejszych nagród Akademii.
Warto też podkreślić obecność innych polskich współpracowników w ekipie realizacyjnej — szczególnie w pionach scenografii i przygotowania wizualnego — co dodatkowo cieszy, bo „Hamnet” jest przykładem kina dopracowanego w każdym rzemieślniczym detalu.
Chloé Zhao po raz kolejny udowadnia, że potrafi opowiadać o ludziach z ogromną czułością i uczciwością. Nie przyspiesza na siłę, nie manipuluje emocjami widza, nie podaje gotowych odpowiedzi. „Hamnet” to kino kontemplacyjne, wymagające skupienia i otwartości, ale odwdzięczające się przeżyciem rzadkim — głębokim i prawdziwym.
Zapraszamy Was serdecznie na seans do sieci kin Multikino.
Moja ocena: 9/10

