Nowe „Wichrowe wzgórza” to ambitna katastrofa

Nowa adaptacja klasycznej powieści Emily Brontë miała być odważnym, nowoczesnym spojrzeniem na słynny dramat namiętności, obsesji i destrukcyjnej miłości. Już sama obecność Margot Robbie jako Cathy i Jacoba Elordiego jako Heathcliffa wzbudziła ogromne zainteresowanie – a jednocześnie kontrowersje związane z doborem aktorów i interpretacją postaci.

Osobiście muszę przyznać, że film męczy i rozczarowuje. Ciemne kadry i przytłaczająca atmosfera – zamiast budować nastrój – często sprawiają, że obraz staje się monotonną, ciężką w odbiorze masą. Fatalny montaż i gwałtowne cięcia scen potęgują wrażenie chaosu, przez co trudno zanurzyć się w fabule i poczuć emocje bohaterów. Swoją drogą emocji właśnie w tym filmie brakuje. Jest on bardzo płaski.

Najlepsze były… pierwsze cztery minuty filmu, kiedy jeszcze mogliśmy zobaczyć młodsze wersje bohaterów na otwartej przestrzeni wzgórz. Tam energia i obietnica czegoś wyjątkowego jeszcze istniała. Reszta to niestety sekwencja scen, które – choć ambitne – wydają się pozbawione prawdziwego ładunku emocjonalnego.

Największym pozytywem tego filmu jest z pewnością muzyka Charli XCX – nowoczesna, ekspresyjna, momentami naprawdę intrygująca. Niestety jej obecność wydaje się nie do końca przemyślana. Połączenie współczesnych utworów z muzyką klasyczną i scoringiem eskaluje do poziomu artystycznego dysonansu, który częściej rozprasza niż buduje klimat. W efekcie soundtrack działa jak osobny, niezintegrowany komponent.

Szczerze mówiąc, „Wichrowe wzgórza” to dla mnie piękna katastrofa: obraz, który wygląda jak dzieło artystyczne, ale nie potrafi mnie poruszyć ani przekonać emocjonalnie. To nie jest adaptacja, którą oczekiwałem – to film, który ma więcej stylu niż treści, więcej prowokacji niż refleksji i więcej chaosu niż głębi.

Choć znajdą się widzowie, którzy docenią wizualne czy muzyczne momenty, dla mnie ta wersja jest przykładem, jak można ze świetnej historii zrobić adaptację, która śmieszy, frustruje i zostawia poczucie niedosytu.